|
Do pokoju przez okno wpadł pierwszy promień światła rozświetlając szare, kamienne ściany, na których wisiały obrazy przedstawiające różnych bohaterów wojennych. W kącie pomieszczenia spał mężczyzna o krótkich, ciemnych włosach. Kiedy słońce zaczynało świecić coraz mocniej człowiek zbudził się, lecz nie wstał od razu wiedząc, że zapowiada się kolejny ciężki dzień. W końcu jednak podniósł głowę i zsunął się z łóżka, a następnie skierował się schodami w dolną część domu. Przyodział lekką, metalową zbroję i przypiął miecz w pasie, a następnie opuścił dom i wyszedł na ulice miasta Vermar. Na dworze wciąż jeszcze było chłodno i cicho, mimo iż słońce było już dość wysoko. Mężczyzna skierował się do budynku, który stał w centralnej części miasta. Była to duża, kamienna budowla, której wejścia strzegły dwa wielkie posągi rycerzy. Człowiek zbliżył się do drzwi i złapał klamkę, zawahał się na chwilę, a następnie otworzył bramę i wszedł do środka. Było tu o wiele cieplej i głośniej niż na zewnątrz. Pomieszczenie nie było duże, ale wszystkie ściany były tak bogato ozdobione, że wystarczyłoby ozdób, aby upiększyć każdy dom w mieście. Po lewej stronie znajdował się korytarz, nad wejściem do którego wisiała tabliczka z napisem "Sala treningowa". W stronę tego korytarza skierował się mężczyzna, ale gdy złapał za klamkę za jego plecami usłyszał głos kogoś innego:
- Meorze, zaczekaj. - człowiek odwrócił się i ujrzał innego mężczyznę, wyglądał na silnego, ale Meor nigdy wcześniej go nie widział. Nie odpowiedział obcemu, więc ten zbliżył się do niego i ciągnął:
- Dziś nie będziesz trenował nikogo, idź do przywódcy straży miejskiej. Ma on dla ciebie specjalne zadanie.
- Jakie zadanie? - powiedział Meor bardziej do siebie niż do swojego rozmówcy. Nie zwlekając ruszył w inny korytarz naprzeciw Sali Treningowej. Tu nad wejściem wisiała tabliczka z napisem "Dowódctwo straży miejskiej".
Po przejściu kilku metrów Meor był już przy wejściu do pomieszczenia, gdzie przebywał dowódca. Mężczyzna zapukał lekko w drzwi, a następnie otworzył drzwi. Wszedł do małego pokoiku, który wyglądał jak magazyn, bo wszędzie stały skrzynie wypełnione po brzegi bronią. Przy małym okienku stał łysy, wysoki człowiek, który widząc Meora, od razu się do niego odwrócił.
- Witaj Meor. Dobrze, że jesteś.
- Podobno masz dla mnie jakieś zadanie? - zapytał Meor przyglądając się skrzyniom.
- Tak, nie jest to nic wielkiego. Wysyłamy dostawę broni do miasta Krein, ale okolice są ostatnio bardzo niebezpieczne i nie chcemy ryzykować. Twoim zadaniem będzie dopilnowanie, aby broń dotarła do miasta. - skończył mówić i odwrócił się ponownie do okienka, nagle rzekł znów - ludzie idą już po skrzynie. Zaraz wyruszacie.
Meor nie próbował się nawet sprzeciwiać swojemu dowódcy, bo i tak wolał iść do Krein niż siedzieć cały dzień w koszarach i uczyć walki młodych wojowników. Kiedy przyszli ludzie po skrzynie z bronią Meor czekał już przy wyjściu z koszar. Chwile po tym wyszło kilka osób i razem z Meorem ruszyli do wyjścia z Vermar.
Miasto było teraz o wiele bardziej zatłoczone niż wcześniej. Przeszli przez plac targowy, na którym było mnóstwo kupców wymieniających swoje towary na różne mniej lub bardziej przydatne przedmioty. Chwilę po tym byli już przy bramie do miasta.
Zapowiadał się upalny dzień. Słońce, mimo iż było jeszcze wcześnie, dość mocno piekło każdego w plecy, na szczęście dalsza droga prowadziła przez las, więc w cieniu drzew było nieco chłodniej.
Szli tak przez wiele godzin, lecz nie spotkali nikogo. Okolica wydawała się być niezwykle spokojna. W końcu w oddali Meor ujrzał mury miasta Krein, las się przerzedzał, a ścieżka prowadziła teraz pod górę, przez co podróż stawała się coraz trudniejsza. Zarówno Meor jak i ludzie niosący broń dostrzegli dziwne chmury dymu unoszące się tuż nad miastem, więc przyspieszyli kroku. Na niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy, a księżyc stał już wysoko oświetlając miasto. Kiedy zbliżyli się jeszcze trochę w kierunku Krein Meor dostrzegł, że brama i część muru są rozwalone. Szedł coraz szybciej, w końcu zaczął biec i zostawił swoich towarzyszy daleko z tyłu. Wbiegł do miasta i ujrzał, że większość domów jest zniszczonych, a wszędzie leżały martwe ciała. W środkowej części miasta płonęła wielka świątynia. Reszta ocalałych ludzi walczyła z wielkim potworem, który skórę pokrytą miał bliznami i licznymi ranami. W ręce miał sporej wielkości maczugę, z tyłu zaś miał wielki, pokryty łuskami ogon. Nogi podobne były do łap wilkołaka, lecz były dwa razy większe. Trzy podobne takie stwory leżały martwe.
Meor nie czekając na nic zaatakował bestię najpierw uderzając mieczem w nogę, a gdy stwór w bólu się pochylił, wojownik ściął mu silnym uderzeniem łeb. Ten potoczył się po ziemi ochlapując krwią Meora. Bestia padła u stóp człowieka z hukiem i nastała cisza, którą po chwili przerwał jeden z ocalałych mieszkańców miasta:
- To leśne tnusy, zaatakowały dziś miasto. Jestem Kreor, przywódca straży miejskiej w Krein - Meor przyglądał się Kreorowi, człowiek był wysoki, twarz przyozdabiały mu blond włosy i długie wąsy. Po chwili odpowiedział:
- Nazywam się Meor, nauczyciel wojowników w Vermar. Czego chciały te tnusy?
- Nie wiem, podejrzewamy, że to elfy je nasłały.
- Co zamierzacie teraz robić? - zapytał Meor rozglądając się po otoczeniu.
- Udamy się do króla Woodenaos, do stolicy na płw. Naos. Tu nie możemy już zostać, miasto zostało doszczętnie zniszczone, przeżyły tylko cztery osoby. - Meor rozglądnął się - Wyruszamy jeszcze dzisiaj.
- Pójdę z wami, miałem ochraniać dostawę broni dla Krein, teraz będę ochraniał w razie potrzeby was w podróży.
Meor odpoczął chwilę i zjadł szybki posiłek. Pospiesznie uzupełnili torby jedzeniem i opuścili miasto, a następnie skierowali się górską ścieżką na wschód. Płw. Naos był dość daleko, a droga wiodła przez lasy, bagna i tereny górskie. Szli tak przez wiele godzin, niebo ponownie się rozjaśniało, a na drodze pomiędzy dużym lasem i górami siedział na kamieniu stary mężczyzna. Kiedy zbliżyli się Meor podszedł do starca i powiedział:
- Kim jesteś i co tu robisz?
- Jestem wędrownym kupcem, właśnie szedłem do królestwa orków, do Witherland, gdy zostałem napadnięty tu przez bandytów. Zabrali wszystkie moje rzeczy i pieniądze.
- Kim byli ci bandyci? - zapytał Meor.
- Grupa zbiegłych więźniów z Twierdzy Membretha. Ukrywają się w opuszczonej kopalni niedaleko stąd. Może jesteś w stanie mi pomóc? Dałbym ci w zamian specjalny amulet pozwalający leczyć rany.
- Właściwie czemu nie. I tak musimy odpocząć, więc... - zwrócił się teraz do Kreora - ...rozbijcie gdzieś tutaj obóz. Zaprowadź mnie do tej kopalni. - rzekł znów do starca.
Dziadek poprowadził Meora przez leśną ścieżkę, aż doszli do niewielkiej z pozoru jaskini. Przy wejściu stał jeden człowiek przyodziany w skóry jakichś zwierząt. Zaczął dziwnie przyglądać się Meorowi i starcowi, ale za chwilę złapał za broń. Wyciągnął stary, lekko pordzewiały miecz i rzucił się w stronę Meora. Ten jednak również zdążył wyjąć już broń i zablokować atak. Zrobił krok do tyłu i wziął spory zamach, a następnie uderzył od góry zabijając wroga. Z jaskini wybiegli kolejni przestępcy. Trzech z nich Meor zabił bez większego wysiłku, ostatni natomiast posługiwał się bronią o wiele lepiej. Był to najprawdopodobniej przywódca tej grupy bandytów. Wzrok Meora przykuła twarz bandyty, która była do połowy wytatuowana. Przestępca wykonał atak na Meora, ale ten zrobił szybki unik i spróbował zaatakować, lecz okazał się on wystarczająco szybki i zablokował uderzenie. Meor powtórzył atak i trafił w miecz przeciwnika, ten natomiast wyleciał mu z ręki i padł z łoskotem na ziemię. Przestępca stał przez chwilę wpatrując się w Meora z przerażeniem w oczach, nagle jednak rzucił się do ucieczki. Wojownik nie miał jednak siły, aby go gonić, więc dał mu uciec, a następnie starzec się do niego zwrócił:
- Dziękuję ci za pomoc, zabiorę teraz moje rzeczy z jaskini i dam ci obiecany amulet.
Człowiek wszedł na chwilę do kopalni, a po chwili wyszedł ciągnąc za sobą dużą, ozdobioną diamentami skrzynię. Wyjął z niej mały, czerwony wisiorek ze złotym łańcuszkiem i wręczył go Meorowi.
- Ten amulet pozwoli ci wyleczyć rany w razie potrzeby, ale uważaj, bo jego moc nie jest nieograniczona i w końcu przestanie działać. Teraz udam się dalej w stronę Witherland.
Meor wrócił do obozu, Kreor rozpalił już ogień i zaczął przygotowywać posiłek. Meor zaczął rozmowę:
- O co chodzi z tymi elfami?
- Żyją w Stonebulous, w skutych lodem górach. Podobno chcą podbić całe Erithar, a król Woodenaos chce zjednać sobie pozostałe części kontynentu Erithar i wybić wszystkie elfy.
- O ile mi wiadomo orkowie są z ludźmi teraz w pokojowych stosunkach.
- Tak, ale istnieje jeszcze jedna rasa zwana cenobitami. Król chce, aby przyłączyli się do ludzi i orków. Elfy to potężne, magiczne istoty. Aby z nimi wygrać potrzebna jest ogromna armia i w tym celu zjednoczyć należy cały kontynent, ale ludzie w Stonebulous nie chcą współpracować, twierdzą, że żyją z elfami w pokojowych stosunkach. - Kreor przerwał na chwilę i zaczął piec mięso tnusa na ogniu. Po minucie lub dwóch kontynuował - Również mieszkańcy Arssany nie chcą współpracować, bo to właśnie elf odkrył ta wyspę.
- Elf odkrył Arssanę? Nie wiedziałem. - wtrącił jeden z obecnych tu ludzi.
- Nazywał się... Sak-Nuur czy jakoś tak. - mówił dalej Kreor - Później rządził na Woodenaos. Podobno to on odkrył rasę cenobitów, o których nikt wcześniej nie słyszał.
- Cenobici... Kim oni są? - zapytał zaciekawiony Meor.
- Najstarsza rasa zamieszkująca Erithar. Nigdy ich nie widziałem, ale słyszałem, że są podobne do demonów. Nie wiem o nich nic więcej. - Kreor wyprostował się, ale nie mówił już nic więcej tylko zaczął jeść swoją porcję mięsa. Podobnie zrobił Meor i minęło tak kilka minut.
|
Po zjedzeniu posiłku wyruszyli dalej w drogę. Słońce grzało tego dnia bardzo mocno, a droga prowadziła przez sporą łąkę. Co jakiś czas wszyscy stawali na chwilę odpoczynku, aż zapadł zmrok. Znaleźli małą jaskinię, w której spędzili noc.
Nazajutrz Meor wstał wyjątkowo wcześnie i wyruszył w stronę pobliskiej rzeki. Słońce dopiero wstawało, ale było już dość jasno, jednak wciąż chłodno. Kiedy mężczyzna znalazł się obok rzeki napełnił wodą manierki i upił zdrowy łyk wody. Już miał wracać do jaskini, gdy nagle tuż zanim usłyszał głośny trzask. Odwrócił się i zobaczył wielką bestię wychodzącą z wody. Potwór miał skórę o kolorze błękitnym z granatowymi pasami jak u tygrysa. Z tyłu miał pokryty łuskami ogon, choć nie tak duży jak u leśnego tnusa. Potwór był również mniejszy niż leśny tnus, jednak o wiele szybszy. Ruszył w stronę Meora i spróbował zaatakować, lecz ten wyjął już miecz i uniósł nad głowę, a bestia sama się na niego nadziała. Zaraz po tym z wody zaczęły wychodzić kolejne, takie same stwory. Meor zaatakował tym razem pierwszy i uderzył mieczem bestię w brzuch, nie wyrządzając jej jednak zbyt wielkiej krzywdy, bo na ciele pojawiło się tylko lekkie zadrapanie. Tym razem potwór spróbował uderzyć w Meora ogonem, lecz ten szybko uniknął ataku, a następnie uderzył mieczem potwora w nogę, ponownie zostawiając lekkie zadrapanie. Nagle poczuł silne uderzenie w plecy, upuścił miecz i odleciał na kilka metrów. To jeden z potworów go trafił od tyłu. Meor nie mógł się podnieść, a stwory szły w jego stronę.
Nagle z krzaków wyskoczyła dziwna postać o czerwonej skórze. Postać zaatakowała potwory posyłając im kule ognia z rąk. Dwie bestie zaczęły płonąć, a po chwili padły na ziemię z gruchnięciem. Jeden z nich wycofał się z powrotem do wody, ostatni zaś zaczął uciekać przez pobliską polankę w stronę gór. Czerwonoskóry podszedł do Meora i pomógł mu wstać. Teraz wojownik mógł mu się bardziej przyjrzeć i zauważył, że istota ta posiada wiele ran i śladów przypalania.
- To były wodne tnusy. - rzekł czerwonoskóry świszczącym głosem. - Niebezpieczne istoty, ale panicznie boją się ognia. Miałeś szczęście, że byłem w pobliżu, mógłbyś już nie żyć.
- Kim... Kim jesteś? - zapytał zaskoczony Meor.
- Nazywam się Uzum'Askrah. Mieszkam w tym lesie.
- Dlaczego masz taką czerwoną skórę?
- Wszyscy cenobici taką mają. - Powiedział Uzum'Askrah obserwując Meora. - Ty nigdy nie widziałeś cenobitów? - Meor przytaknął i zapytał:
- Możesz mi coś o was powiedzieć?
- No cóż, cenobici to najstarsza rasa na Erithar. Dawniej mieszkaliśmy w jaskiniach pod Arssaną lecz ludzie wypuścili nas i inne istoty, które tam żyły wywołując spore zamieszanie. Cenobici to magiczne istoty, ludzie przez to uważają nas za złe demony.
- Ale ludzie chcą z wami współpracować... - wtrącił człowiek.
- Chcą nas wykorzystać do własnych celów. Nas cenobitów nie interesują konflikty ludzi i elfów. Kiedyś spora część przedstawicieli mojej rasy zginęła z rąk ludzi i elfów. - Uzum'Askrah przerwał na chwilę i zaczął nad czymś myśleć. Po chwili dodał - Muszę już iść, być może jeszcze się kiedyś spotkamy.
- Mam taką nadzieję, do zobaczenia. - po tych słowach cenobit i człowiek rozeszli się w swoje strony.
Meor wrócił do jaskini, w tym czasie obudzili już się pozostali ludzie i chwilę później wszyscy znów byli w drodze na płw. Naos. Szli tak wiele godzin skrajem lasu, przez cały czas jednak Meor miał wrażenie, że ktoś go śledzi. Raz nawet wydawało mu się, że widział jakąś postać ukrywającą się pośród drzew, ale gdy wytężył wzrok nikogo nie zobaczył. W końcu w oddali dostrzec można było białe mury miasta, jednak zapadał już zmrok, więc wszyscy zaczęli szukać miejsca na nocleg. Znaleźli małą jaskinię, w niej spędzili noc.
Rankiem wyruszyli dalej w podróż, po kilku godzinach już byli przed bramą do miasta, na której wisiała tablica z napisem: "Learia - stolica Woodenaos". Wrota były dość duże, stali przy nich dwaj strażnicy miejscy, wpuścili przybyszy od razu otwierając bramę. Ci udali się do największego budynku umieszczonego na małym wzniesieniu. Strzeżony był przez kilka posągów bogów. Powoli wspięli się po kamiennych, białych schodach i dotarli do metalowych drzwi. Meor otworzył je szybkim ruchem i wszedł do środka. Za nim weszli pozostali.
Byli w dużym, bogato zdobionym pomieszczeniu. Na środku stał długi, drewniany stół cały zakryty białym obrusem. Na stole wyłożone były najróżniejsze potrawy, a na samym końcu siedział król, który zauważając Meora i pozostałych na chwilę przerwał jedzenie. Podeszli powoli do króla i ukłonili się mu klękając na jedno kolano. Po chwili Meor rzekł:
- Wielki królu Eorinie. - król patrzył na przybyszy z lekkim obrzydzeniem, ale gestem pozwolił mu kontynuować. - Przybywamy do Ciebie, bo miasto Krein zostało zaatakowane przez leśne tnusy, to są ostatni ludzie, którzy przeżyli. - wskazał ręką na ludzi, którzy z nim przybyli, po chwili kontynuował - Podejrzewają oni, że to elfy przeprowadziły atak, całe miasto zostało zniszczone.
Król zmierzył wzrokiem Meora i rzekł głośno:
- Dobrze, że przyszliście, odpocznijcie w gospodzie i napełnijcie brzuchy, a nazajutrz wyruszcie do Stonebulous. W wysokich górach żyją elfy, przekaż im wiadomość ode mnie, że mają opuścić Erithar, w przeciwnym wypadku ich kraj zostanie zniszczony.
- A co z ludźmi w Stonebulous? Oni są po stronie elfów, cenobici też nie chcą się do nas przyłączyć. - powiedział równie głośno Meor.
- Po naszej stronie stoją orkowie, ludzie z Arssany też zgodzili się pomóc. Jeśli zajdzie taka potrzeba to zniszczymy całe Stonebulous. A teraz odejdźcie, jutro dostaniecie nową broń i konie.
Wszyscy ponownie ukłonili się królowi, a następnie wyszli. Udali się długą ulicą, aż dostrzegli gospodę. Zbliżyli się i zobaczyli tablicę z napisem: "Pod mieczem Trabisha". Weszli go środka, pomieszczenie było duże, wszędzie były stoły z krzesłami, w rogu sali była lada. Za nią stał barman, wszędzie było tu pełno różnych ludzi i orków. Rozmawiali, pili i jedli, w kącie stał mężczyzna grający na lutni, a w rytm muzyki tańczyły dwie kobiety. Meor podszedł do barmana i powiedział:
- Przysyła nas król Eorin, masz dać nam pokoje na noc oraz jedzenie i picie. - barman o dziwo uśmiechnął się szeroko i sięgnął po kufle z piwem dla każdego.
- Pokoi za dużo nie mam wolnych, ostatnio dużo orków się tu wprowadziło. Spróbuję jednak znaleźć coś odpowiedniego dla was.
- Daj nam jeszcze pieczone mięso tnusa, będziemy przy tamtym stole. - wskazał stolik przy bocznej ścianie obok okna. Barman poszedł schodami gdzieś do górnej części karczmy. Meor zabrał kufle z piwem i udali się wszyscy do stolika pod ścianą.
- Dadzą nam pokój i jedzenie, jutro wyruszymy z samego rana. - powiedział Meor do swoich towarzyszy kiedy usiedli już wszyscy przy stole.
- Ledwie przybyliśmy i już musimy opuszczać miasto... - zamarudził człowiek siedzący po lewej stronie Meora.
- Dadzą nam przecież konie i broń. - wszyscy zaczęli rozmawiać o podróży, która czekała ich jutro oprócz Meora. On skupił się na dziwnej postaci siedzącej w ciemnym koncie pomieszczenia. Ubrana była w długi ciemny płaszcz, na głowie naciągnięty był kaptur tak, że zasłaniał całą twarz. Postać wyglądała tak jakby się mu przyglądała. Nagle podszedł barman z ciepłym posiłkiem i odwrócił uwagę Meora.. Kiedy wszyscy dostali swoją porcję Meor zapytał barmana:
- Kim jest ten człowiek w kącie?
- Hmm... nie wiem, nie widziałem go wcześniej, wygląda na to, że już sobie idzie. - i rzeczywiście postać wstała i ruszyła w stronę wyjścia. - Smacznego. - rzekł barman z uśmiechem w stronę przybyszy i odszedł.
Kiedy wszyscy zjedli swoje posiłki i wypili piwo postanowili udać się do swojego pokoju. Barman zaprowadził idź tam schodami na górę. Pokój nie był duży, ale miał łóżko dla każdego i kominek, w którym palił się duży ogień. Wszyscy od razu poszli spać, ale Meor dość długo nie mógł zasnąć. Ciągle myślał o podróży jaka go czeka oraz o tajemniczej postaci, którą widział w gospodzie.
Następnego dnia wstali bardzo wcześnie i opuścili karczmę. Barman zaprowadził ich do stajni, gdzie czekały już konie oraz broń. Nowe miecze oraz łuki wyglądały bardzo solidnie, a do tego były o wiele lżejsze od broni, którą mieli dotychczas. Nie zwlekając opuścili miasto i wyruszyli w podróż. Najpierw na wschód, później na południe. Przemierzali wielkie bagniska, lasy i pustynię. W końcu znaleźli się na leśnej polance, zapadała noc, więc udali się bliżej lasu i między drzewami rozbili obóz i poszli spać. Po kilku godzinach Meora obudziły jakieś szmery i dźwięki przypominające kroki. Wszyscy spali, Meor wstał i odszedł kawałek , dźwięki stawały się coraz głośniejsze, ale nikogo nie było widać. Nagle przez sekundę Meor dostrzegł dziwną, zakapturzoną postać, tą samą którą widział wcześniej w gospodzie "Pod mieczem Trabisha". Po sekundzie zobaczył błysk światła, odleciał kilka metrów w tym i nie widział już więcej nic, tylko ciemność, której towarzyszyła głucha cisza.
Koniec rozdziału I.
lukasz050792 & Reamali
|